Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŁATWE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŁATWE. Pokaż wszystkie posty

2015-03-09

Chleb zmieniający życie

Są rzeczy, które w swej codziennej trywialności nabierają sensu powszechnego pewnika, są rzeczy które już ktoś kiedyś niedawno licznie samotnie przeżył przed nami opisał powtórzył wymierzył namieszał... I z nie jednego pieca...
Ale są rzeczy które kiedyś w końcu każdy musi sam, po swojemu, dla siebie i dla swojej codzienności.

Niektóre zmiany są tak proste, że aż zdziwienie nas bierze że ich cudowne efekty pozwoliliśmy sobie wprowadzić w naszą codzienność tak późno. Dobra zmiana powinna być prosta. Powinna zaskakiwać ale nie przewracać świata od razu do góry nogami. Dobra zmiana zbudzi w naszym brzuchu motyle i zainspiruje nasze myśli by kwitły. Dobra zmiana powinna być powszednia. Jak chleb. Choćby bezglutenowy :)

i tym samym inaugurujemy zmiany zmiany zmiany :)



Chleb zmieniający życie
(na podstawie przepisu z My New Roots)


Składniki na jeden bochenek:

3/4 szklanki ziaren słonecznika
1/4 szklanki pestek dyni
3/4 szklanki siemienia lnianego
5 łyżek zmielonego siemienia lnianego
4 łyżki babki płesznik
1 garść migdałów
1 garść orzechów laskowych
1 garść suszonej żurawiny/rodzynek
150 g płatków ryżowych pełnoziarnistych (lub owsianych bezglutenowych)
1 łyżeczka soli morskiej
1 łyżka miodu
4 łyżki rozpuszczonego masła (lub oleju kokosowego)
1 1/2 szklanki letniej wody


Przygotowanie:

Przygotować formę keksową wykładając papierem do pieczenia.
Następnie do jednej dużej miski po kolei wsypywać wszystkie suche składniki. Wymieszać. Dodać roztopiony tłuszcz. Miód rozpuścić w wodzie i powoli część wlać do suchych składników. Całość zamieszać i dolewać porcjami pozostałą wodę, pilnując by ciasto nie było zbyt płynne. Konsystencja powinna być zwarta ale bardzo wilgotna. Ciasto przełożyć do formy do pieczenia, dobrze "doklepać", wygładzić wierzch i odstawić na 2 godziny w ciepłe miejsce. Chleb nie ma zakwasu ani drożdży, a celem jest by płatki dokładnie wchłonęły wodę i lekko pęczniejąc wypełniły strukturę między ziarnami.
Piekarnik rozgrzać do 185 stopni. Kiedy jest już odpowiednia temperatura wkładamy formę i pieczemy chleb 20 minut. Następnie zmniejszyć moc piekarnika do 180 stopni Celsjusza. Formę wyciągamy i przekładamy chleb górą do dołu (lub dołem do góry :) ), (co w moim przypadku wiązało się ze zdjęciem keksówki i papieru). Chleb dalej piec przez kolejne 30-40 minut. Upieczony bochenek poznamy po pustym dźwięku przy pukaniu w jego podstawę i po rumianej skórce.
Voila!
I teraz najtrudniejsze, bo trzeba pozostawić chleb do ostygnięcia. Całkowitego ostygnięcia. To nie łatwe bo zapach kusi, skórka kusi, obskubywanie ziarenek kusi... Ta cierpliwość opłaci się jednak, gdy na drugi dzień przyjdzie nam kroić kromki - chleb nie będzie się nadmiernie kruszył.
Chleb przechowujemy w bawełnianej lub lnianej ściereczce. Nie podam Wam jednak ile dni, u nas znikał już po drugim :)

Smacznych zmian!


2010-09-23

smaki wczesnej jesieni - bigos ze slodkiej kapusty


Najpierw zamarzył mi się na wskroś polski bigos. Nie taki tam choucroute d'Alsace, który dla mnie jest jakimś kulinarnym nieporozumieniem. Nasz polski ród mistrzosko i z wirtuozeria opracował receptury przygotowania dań z kapusty, ...czerwonej, białej, kiszonej... mamy do prawdy dziedzictwo kapuściane opanowane do perfekcji (po części dzięki królowej Bonie :). We Francji kiszona kapusta jest, ale tylko w sprzedaży w zestawie z ich alzackim "przysmakiem". Zbojkotowana zatem przeze mnie.

Potem przyśniła mi się zasmażka ze świeżej młodej kapusty. Delikatnie kwaskowa, z koperkiem. I tu szczęśliwy traf, bo kapuściane główki można dostać bez problemu (z braku pomysłu na danie i kompletne zagubienie kulinarne Francuzów wobec kapusty,  nie jest to warzywo poszukiwane na tutejszym rynku, ja zatem profituje :).



I z tych obu "doznań kulinarnych" powstał przepis równie ciekawy w smaku, bigos ze słodkiej kapusty.
Smak domowego obiadu, zaakceptowany chętnie przez Mojego, który powoli odkrywa smaki środkowo-wschodniej Europy z wielkim entuzjazmem. Bynajmniej żurek i ogórkowa są zawsze mile witane na stole.
Mój bigos jest opcja dla każdego, kto ma mało czasu, na wpół pusta lodówkę, a chce mimo wszystko posilić się daniem smacznym i prostym w przygotowaniu. Zawsze można dodać trochę wieprzowiny, mięsa drobiowego, lub po prostu pokrojonej kiełbasy.
W moim przepisie zależało mi na ascetycznej prostocie, by w pełni cieszyć się smakiem kapusty.

Bigos ze słodkiej kapusty (wersja wegetariańska)

1 glowka kapusty sredniej wielkosci
1 cebula duża lub 2 średnie (ja używam cebuli czerwonej)
1 kostka bulionowa (miałam pod ręką kostkę "na żeberkach")
2 liscie laurowe
4 ziarna ziela angielskiego
odrobina suszonego lub świeżego tymianku (z tymiankiem trzeba ostrożnie, gdyż potrafi zdominować smak potrawy i późniejsze starania "odwrócenia" tego efektu zdają się być nadaremne)
pol łyżeczki "cumin" lub polskiego zmielonego kminku
4 łyżki oliwy z oliwek
1 mały przecier pomidorowy lub 4 dojrzale pomidory
odrobina soku z cytryny
sol i pieprz do smaku

W odpowiednio głębokim garnku przysmażamy na oliwie drobno posiekana cebulę. W międzyczasie siekamy kapustę, dość drobno, wówczas szybciej zmięknie podczas gotowania (podczas obróbki cieplnej... he he ;).
Dorzucamy posiekana kapustę do gara, zalewamy woda do poziomu kapusty, nie powyżej, dodajemy kostkę bulionowa i trochę soli. Pozostawiamy na małym ogniu, pod przykryciem, przez co najmniej 60 minut. Po tym czasie sprawdzamy czy kapusta zmiękła i czy ilość soli jest wystarczająca. W miarę potrzeby przedłużamy czas gotowania kapusty o kolejne 20 minut. Dodajemy pieprz, cale liście laurowe, ziarna ziela angielskiego, kminek i posiekany drobno tymianek. Pozostawiamy na ogniu kolejne 20 minut. Na sam koniec, kiedy kapusta jest miękka i aromatyczna, dodajemy koncentrat pomidorowy lub tez świeże posiekane drobno pomidory, uprzednio pozbawione skórki. W wersji ze świeżymi pomidorami warto dodać "kwaśności" naszemu bigosowi, wkrapiając trochę soku z cytryny. Bardzo ważna jest pikantność, którą uzyskujemy dzięki świeżo zmielonemu pieprzu.
Tak doprawiony bigos trzymamy na minimalnym ogniu jeszcze przez jakąś chwile. Im dłużej, tym smaczniejsze jest nasze kapuściane danie.
Na drugi dzień, po prostu poezja :)

2010-09-17

Piątek. Ryba.

Zazwyczaj o wieczornej porze stawiamy sobie nieśmiertelne pytanie z Moim, "co dzisiaj będziemy robić na obiad?" (przyp. red. na obiado-kolację).
Są jednak dni, a w zasadzie jeden dzień w tygodniu, kiedy to tego pytania nikt już nie zadaje, gdyż odpowiedz jest wystarczająco sugestywna. Wynika to chyba w większym stopniu z mojej tradycji domowej aniżeli z faktycznych przesłanek religijnych, ale stało się swoista piątkową ceremonią.
"Kochanie, co dzisiaj na obiad?! Ah no faktycznie, ryba...!"

I tak z polskich obrazków, widzę sklep rybny wypełniony wężykiem kolejki w piątkowy ranek. Widzę potem mamcie krzątającą się w kuchni, od rana rozmrażają się filety, potem w południe smażenie. Z panierka lub bez, jak kto woli. Nierzadko surówka z kapusty akompaniuje na stole (czy ktoś wpadł na fenomalnosc słowa "surówka",... nikt nie powie przecież "sałatka z kiszonej kapusty", no może nowe pokolenie, ale ja łapię się zawsze na jednogłośnym i tak oczywistym stwierdzeniu, iż jak z kiszonej kapusty, to tylko surówka! unikat!).


Tutaj, z obrazków francuskich,  "wydarzyło się" mi środowe marché. Zupełnie przez przypadek i niezaplanowanie, wylądowałam w miejscu, w którym naturalnym biegiem rzeczy nie powinnam się znaleźć. A że w środy w różnych zakątkach Paryża odbywa się wiele marché, tak i tu, wpadłam na placyk obładowany straganami owocowo-warzywnymi, tekstyliami, chińszczyzną, no i przede wszystkim stoiskami z serami, owocami morza, specjałami regionu... (i tu nieformalny "rogal" na buzi :). Kapryśni kupujący i sprzedawcy przekrzykujący się nawzajem, który to ma lepszy i świeższy produkt dnia, tudzież zaczepiający młode jak ja: "a może Madmoiselle spróbuje serka lub spojrzy życzliwie na homara, he?!"... i spojrzałam na homara, podgryzając kawałek sera ze stoiska obok... nie zachęciło mnie to bynajmniej do kupna. Miałam raczej ochotę poodwiązywać homarze szczypce i nóżki i pozwolić odpłynąć, nawet Sekwana, byle do morza. Z rybami już takich skrajnych emocji nie mam. Kulturowe nawyki żywieniowe są bardzo silne. Ale powoli leczę się z tego... o małżach jednak innym razem.

A zatem ryba. Ale żeby było wykwintniej, pstrąg. Na pstrąga i łososia zachorowałam miłością szczerą i dozgonną w dniu, kiedy Mój przygotował mi owy drugi gatunek i podał na stół, jakbym jadła takie ryby na co dzień. Wcześniej jadłam tylko łososiowe wędzone filety na kanapkach. I to już był rarytas z wyższej półki. Na szczęście czasy się zmieniają, półki równają... wiec wróciłam z marché do domu machając z boku siatką z rybami.

I oto piątek. Bez pytania Mój Kucharz rozgrzewa oliwę na patelni. Przygotowujemy sos-marynatę... butelka białego wina z wbitym korkociągiem czeka na swoją kolej... jeszcze ostatnie mieszanie sałatki. Parę chwil później ryba już na stole. Jak zwykle aromatyczna. Krucha i delikatna w smaku. Pstrągowa uczta, za tydzień będzie łososiowa, i tak na zmianę...
Mogły by piątki nastawać częściej...


Pstrąg smażony (Truite poêlée)
Filety lub dzwonki pstrąga po 1 lub 2  na osobę (identycznie przyrządza się łososia)
Marynata: 
1 łyżka oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia, 
1 łyżka soku z cytryny,
2 ząbki czosnku, posiekane
1 łyżka posiekanej kolendry i natki pietruszki, 
szczypta soli i pieprzu świeżo zmielonego do smaku

Filety obsmarowujemy marynata, pozostawiamy na parę minut (dobrze jest pozostawić rybę w marynacie na cala noc,.. jeśli się o tym odpowiednio wcześniej pomyśli :).
Na rozgrzaną patelnię wlewamy okolo 2 lyzek oliwy z oliwek. Smażymy krotko z każdej strony, delikatnie obracając, aż się zarumieni. Na stronie z łuską można pozostawić rybę trochę dłużej, na mniejszym ogniu i pod przykryciem.
 
 

Smacznego!!!!!!

2010-09-12

roquette, zwana rukolą...

Staram się wyłapać wszystkie możliwe witaminy i inne dobrodziejstwa z sezonowych owoców i warzyw. Nie znaczy to, ze staną się one niedostępne wraz z przekroczeniem kalendarzowej zimy. Za parę miesięcy wypełnią sklepy szklarniowe, bezsmakowe produkty owocowo- i warzywno-podobne.

Przez cale lato objadaliśmy się sałatkami, nie koniecznie na bazie salaty. Mamy manie na punkcie pomidorów i zielonej papryki. Dla mnie cala reszta tęczowych papryk mogłaby nie istnieć... zielona papryka ma w sobie dostojność, wyrafinowany smak klasyki, pozbawiona słodkości a przy tym i trywialności.
Ale tym razem nie będzie o sałatce z papryki... będzie równie zielona roquette.

We Francji lubują się w sałatach. Nie ma obiadu czy kolacji bez podanej z winegretem i oliwa sałaty... Ich rozmaitość na początku przytłoczyła mnie. Nie znałam ich smaków, nie wiedziałam z czym je podawać. Czułam się jak odkrywca, który szuka nazw dla swych znalezisk. Ale nazwy zostały już nadane, chodziło o dopasowanie ich bardziej znajomych brzmień, polskich. A zatem mamy mâche, chêne, batavia, chicorée, cresson, épinard... i wiele innych. Kiedyś uzupełnię listę :)


Zatem roquette, jedna z najbardziej oryginalnych z sałat pod względem smaku. Mój za nią nie przepada, ja mogłabym jeść "ile wlezie". Znam zagorzałych smakoszy rukoli. I może nic ekstrawaganckiego tutaj nie zaprezentuję, bo na temat rukoli można by stworzyć nieskończoną listę wariacji. Jest to za to zaczątek nowego rozdziału kulinarnego... nowej wyprawy w krainę smaków.


Salade à la roquette et aux noix  (sałatka z rukoli i orzechów włoskich)
200 g rukoli
6 całych orzechów włoskich do posiekania
10 pomidorków koktailowych lub 2 klasyczne pomidory pokrojone w kostke
kilka plastrów koziego sera, pokrojonych w kostkę, opcjonalnie może być gouda, emmentaler
1 lyzeczka sezamu do posypania
1 lyzka oliwy z oliwek
1 lyzka octu balsamicznego
szczypta soli i pieprzu swiezo zmielonego, do smaku

Opis przygotowania sałatki uznaje za zbyteczny.  Z sałatkami proporcje nigdy nie są ostateczne i niezmienne. Wszystko zależy od naszej kulinarnej wyobraźni... :)

2010-09-03

marchewka po marokansku...




Ta salatka chodzila za mna od dawna. Przy okazji wspolnych obiadow u znajomych, pani domu zaserwowala pewnego cieplego poludnia na werandzie ta wlasnie salatke.
Zakochalam sie... bezwarunkowo. W jej slodkosci, slonosci, pikantnosci, egzotyce, konsystencji.
Ugotowana marchew z salatki wielowarzywnej mojej mamy nagle nabrala orientalnej wartosci.
I najdziwniejsze w tym, iz wracajac podekscytowana nowym przepisem do domu, i oswiadczajac mojemu kochanemu  iz oto przygotuje mu rarytas à la arrabiata, dostalam kubel zimnej wody na kark. Bo nagle okazalo si, ze moj zna swietnie salade de carottes i swego czasu namietnie ja przygotowywal... tylko czemu nigdy nie bylo mi dane tego doswiadczyc? ...
Nie zmienia to faktu, iz salatka ze swoja orientalno-kminkowa nuta albo nas powali na nogi, albo oswiadczymy, ze kminku do ust juz nigdy nie wezmiemy (bo znam i takich...).
Idealnie nadaje sie jako ciepla lub zimna przystawka. Mozna zaskoczyc gosci.



Salade de carottes à la marocaine  
(Salade de carottes au cumin et à la coriandre)

1 kg de carottes (1 kg marchewki)
1/2 verre d'huile d'olive (pol szklanki oliwy z oliwek z pierwszego tloczenia wg wersji marokanskiej, mozna bardziej dietetycznie z 4 lyzkami do zupy)
1 litre d'eau (litr wody z bulionem do ugotowania marchwi)
1 c à soupe de jus de citron (1lyzka soku z cytryny)
1 c à café de paprika (1 lyzeczka papryki ostre, mozna dodaj lyzke harissy)
1 c à soupe de cumin (1 lyzka kminku w pudrze.... zabijcie mnie, ale nie wiem jak ten kminek po polsku sie nazywa, bynajmniej nie ma nic wspolnego z naszym polskim kminkiem.. CUMIN)
1 piment de Cayenne (1 papryczka ostra dla tych co na ostro lubia....)
2 gousses d'ail (2zabki czosnku)
1 grosse poignée de pluches de coriandre fraîche (peczek swiezej kolendry)


Marchew obieramy, kroimy na 3 czesci zeby szybciej sie ugotowala i nastawiamy w bulionie. Gotujemy do miekkosci. Tak ugotowana marchew odcedzamy, kroimy w talarki, dolewamy oliwy i soku z cytryny, wsypujemy wszystkie przyprawy wlacznie z posiekanym czosnkiem i kolendra. Mieszamy calosc.
Salatka smakuje duzo lepiej jak polezy troche w lodowce. Na drugi dzien jest bardziej delikatna w konsystencji i aromatyczna.

A dla tych ktorzy chca zglebic tajniki, polecam zerknac tu.