Nie nowe, a odkrycie.
Nie moja muzyka, ale fascynujaca idea i wykonanie.
Pobudza wyobraznie... nawet te zaspana.
Samych pieknych porannych uniesien artystycznych!
Pomimo bladych spojrzen, rozsypanych ziarenek kawy obok kubka bo na spiaco nie celuje sie latwo, i nerwowych poszukiwan skarpetek do pary :)))
Milego odbioru!!!!!!
Deszczowo, klasyk w Paryzu. Zima nie lubi Paryza, woli wielkie polacie do opruszania swymi gwiezdnymi bielami. Nikt nie lepi balwanow w Paryzu, (zeby nie pokusic sie na skrot myslowy, ze Paryzanie sami to balwany :]), nikt sie sniezkami nie obrzuca.
Duze miasta z reszta zimy nie zapraszaja do siebie najchetniej. Paraliz transportu, odwieczne korki jeszcze bardziej "zakorkowane". I tak od ponad miesiaca zima jest deszczowa.
Parasol i gumowce. Moda sama sie kreuje, po angielsku. I w stolicy mody troche nie na miejscu wygladaja te wszystkie kozuchowe emblematy i czapy, kiedy na zewnatrz plus cztery i kapusniak. Zatem troche karykaturalnie przewijaja sie przed oczami futrzaki na szpilkach lub w balerinach bez rajstop :].
Ja bynajmniej popadlam w chorobe, i nosa na zewnatrz nie wystawiam.
Popijam owocowa herbate z rumem (z resztkowej "christmas" kolekcji, jakich wiele), i wsluchuje sie w lekkie brzmienia fortepianu. Niezobowiazujace. Bardzo pozytywne. Beegie Adair.
Niestety nie znalazlam dla Was wersji w ktora wsluchuje sie nieustannie. Pozostaje mi podzielic sie czyms "w tym stylu" w wersji piano z wiodacym instrumentem detym drewnianym (tak tak...!).
Milego odbioru...
I mimo wszystko polecam, na wieczory z ksiazka lub te leniwe, po prostu zatopione w fotelu...
Utwor "You make me feel so strong" z plyty "Swingin' with Sinatra" Beegie Adair.
Codziennie odkrywamy coś, co już znamy... Na nowo obezwładnieni prawdami i oczywistościami. Nasza percepcja codziennie się zmienia, jak papierek lakmusowy reaguje na inne bodźce. Tak oto odkryłam (chyba na nowo) przepiękny głos Natashy Khan (bo gdzieś od zawsze przebrzmiewał). Myślę że to ta pora roku, kiedy jej głos budzi ze snu (zimowego letargu), koi do snu (po męczącym dniu). Polecam. Nie tylko dla dziewczyn. Trochę magii.
PS. A miał być przepis na tartę bananowo waniliową - ale jeno okruszki po niej nie stanowiły idealnego medium do przekazu wizualnego "jej majestatycznej pyszności". Obiecuję poskromić odrobinę łakomstwo i w końcu podzielić się wydarzeniami z kuchni (choć to pewnie potrwa, gdyż kuchnia stanie się miejscem tęsknot za normalnością: Przydarzył mi się nobilitujący projekt, w który ugrzęznę do końca lutego. Może uda się potem pochwalić nim :] Na urodziny za to będzie tort! licząc za Chopinem - sto pierwsze!)
Nastrajam sie... nie jesiennie bynajmniej. Po ponad dwugodzinnej walce z transportem miejskim i podmiejskim Paryza by dotrzec do domu, potrzebuje czegos co nie tyle mnie wyciszy, co pozytywnie nastroi.
Nie moglam znalezc lepiej na ten wieczor. Policzylam dokladnie ile minut spedzilam dzis w metrze, tramwaju, pociagu i autobusie, nie wliczajac pieszych "przejsc" i "dojsc". Trzysta dziesiec minut. (piec godzin, samej mi ciezko uwierzyc...)
Trzysta dziesiec straconych rzekomo minut... ale uratowalo mnie lektura, w ktore sidla okladki wpadlam i wiedzialam jeszcze przed jej otwarciem, ze ta sama z tej wyprawy nie wroce. Kazda ksiazka, film, sztuka teatralna, ba! nucona melodia, zmienia cos we mnie nieodwracalnie, nadaje kolejnym zyciowym krokom innego rozumowania przy podejmowaniu decyzji, innymi kategoriami sie kieruje.
I z ta ksiazka jest jeszcze gorzej, dramatycznie - powiedziala bym. Obudzily sie wszystkie pasje... podroznicze, fotograficzne, misyjne, kulinarne, jezykowe... banalnie moze to brzmi, ale jak ma sie cos z podroznika we krwi, to nie przeszkadza fakt latania Lufthansa wsrod eleganckich biznesmenow by zaraz przeniesc sie na tanie linie do Maroka, lub tez rozklekotany regionalny pociag w porze trwozno-upalnej na dolnoslaskiej ziemi.
A zatem ksiazka, twardo oprawiona, a przez to ciezka i niezbyt praktyczna w czasie przesiadkowania sie, nabyta zostala przeze mnie przy okazji ostatniego pobytu w Polsce,... pare miesiecy temu. W lokalnej ksiegarni mego miasteczka jest niesamowity klimat. Taka delikatna "post-komuna" i magia ksiegarni, w ktorej sprzedawca podaje ksiazki, a przy tym nawiazuje kontakt i mozna sie wiele ciekawych opowiesci nasluchac, jeszcze zanim zacznie dotykac sie blyszczace okladki. I zapach papieru... i zawsze wychodze z jakims zawiniatkiem pod pacha.
Na ksiazki moglabym wydac absolutnie fortune. I to wcale nie na ksiazki kulinarne, jak wiekszosc blogowiczow, ktorych mialam okazje "odwiedzic".
Nie zlicze biografii Chopina, ktorych jestem szczesliwa posiadaczka, ani partytur nutowych, ktore rozlatuja sie juz w strzepiastym uniesieniu. O ksiazkach profesjonalnych nie bede nawet wspominac...
A ze od czasu przeprowadzki niewiele mebli przybylo, czesc z nich nadal drzemie w kartonach.
Na piekna biblioteke trzeba poczekac... a ze zyje ciagle na walizkach i na kartonach... kazdy nowy nabytek wiaze sie z nagromadzeneim "zbytecznej materialnosci". Ale o tym mysli sie dopiero w momencie pakowania i przeprowadzki, inaczej kalkulacje dobytku sa zawsze obarczone bledem... ciezkim bledem NIESWIADOMOSCI.
Bo ilez to przedmiotow, "flakonikow" i "dywanikow" jest nam tak w gruncie rzeczy zbednych do egzystencji. Nomadzka natura u europejczykow nabrala czystko konsumpcyjnego wymiaru. WIECEJ i WIECEJ...
A gdyby tak pozbyc sie wszystkiego, pozostac w jednej parze spodni i jednym swetrze i rzucic sie, z dobytkiem zmieszczonym w plecaku, w wir przygody i wirujacej wolnosci...
Pozostawic mieszkanie otwarte, jak niegdys Stachura, na uzytek innych potrzebujacych... i oddalic sie, od zgielku cywilizacji, makijazy, syntetycznych rajstop co oczka w nich leca, szpanerskich komorek, entej pary szpilek, ktorych nie ma okazji ubrac, entego balsamu do ciala, ktorego nie ma sie czasu stosowac, entego zestawu lampek do wina... etcetera... i poczuc sie wolnym, a raczej ZWOLNIONYM OD MATERIALIZMU.
Na razie sie nastrajam, i czytam... ale gdy mysl dojrzeje, moze niedlugo, bede pakowac plecak z umiechem na twarzy i biletami w dloniach....