Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NA SŁODKO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NA SŁODKO. Pokaż wszystkie posty

2012-03-06

Paryskie sniadania


Nie zawsze chce sie wychodzic po bagietke z rana. Kiedys bym sie dziwila.
Bo trzymajac w rece jeszcze ciepla i pachnaca "piekarnia" bagietke, owinieta w rustykalnie wygladajacy papier, mozna by tylko celebrowac taki magiczny drobiazg codziennosci. Maszerujac z "rogalem" na twarzy, i chrupiac pietke tej francuskiej kwintesencji piekarnictwa.
Nasz chleb powszedni.
Ale jak juz rzeklam, sa poranki, kiedy pyl rzeczywistosci raczej osuwa na nas drugi koniec koldry i zaslania slonce za oknem. I wtedy cieszymy sie z pozostalego z wczoraj pieczywa. Czerstwawego, nie tak juz chrupiacego.
Bo wtedy oto mozna pokusic sie na petit déjeuner à la parisienne.
To tak jakby chciec zrobic francuski omlet na bazie bagietki. Na slodko.
I przekornie jeszcze nazwac to pain perdu.Stracony chleb, ale czyzby stracony?

Odzyskany, i to ze smakiem :)








2011-03-10

Jego wysokosc, sernik...


Sera bialego darzyc uczuciem jakimkolwiek z tych afektywnych, za czasow dziecinstwa, nie potrafilam.
Poza pierogami ruskimi, ser bialy mogl dla mnie nie istniec. Moze jeszcze z makaronie na slodko.
Potem zupelna ignorancja, podszyta nawet pewnym niesmakiem i nieskrywana niechecia.
Dojrzalam. Kulinarnie takze.
I polubilam sernik. Ten kwaskowy smak nabialu, w kremowej konsystencji, doprawiony wanilia.
Posadzony na czekoladowym tronie, majestatyczny, w y n i o s l y , krolewski.

Znam pozeraczy sernikow. Znam tez dobre kawiarnie w Polsce, gdzie sernik zajada sie "z szybkoscia lyzeczki". We Francji probowalam "gateau au fromage", ale nijak mial sie ten betonowy wytwor do puszystego sernika znanego z rodzinnych imprez.
Pare wskazowek kulinarnych à propos pieczenia "serowego wyzwania" uzyskalam (spadkobierczo) od Mojej Mamy.
Pamietam, jak obserwowalysmy w dziecinstwie mamcie, ktora przyrzadzala sernik, a potem w pelnym napieciu go obserwowala... na koniec slychac bylo glosna konstatacje przy wyciaganiu z piekarnika: "No i siadł!"

Moj tez siadl. Ale majestatycznie. Majestatycznie osiadl na laurach :)
I jest przepyszny.





2011-03-07

mardi gras, czyli dzien nalesnika i oda do paczka

Kazda kultura "kulinarna" ma swoje sposoby na usprawiedliwienie lakomstwa i obzarstwa. Poczawszy od wszelkich rodzinnych i swiatecznych spotkan, epogeum siega w dzien znany pod kryptonimem "tlusty czwartek".
I tak kolejny rok z rzedu dowiaduje sie po fakcie. Wieczorna czwartkowa pora dowiaduje sie, ze oto kolejny dzien paczka-&-faworka minal mi niepostrzezenie, nieswiadomie, ... coz za rozczarowanie, ze paczka z roza nie dane bylo rozkosznie konsumowac.
I oto alternatywa przychodzi szybko, bo tylko pare dni pozniej, tlusty wtorek. Dzien nalesnika na tej ziemi hugenotow. I o ile nalesniki przywoluja wiele milych wspomnien, paczka rodowitego nic nie zastapi.
Nawet eklerka z nadzieniem karmelowym czy tez tartletka cytrynowa. Na prozno szukac. Smak dziecinstwa. Smak domowych paczkow i oponek, chrupiacych chrustow i faworkow. Dobrobyt wspomnien.
Jak oprzec sie tej kuszacej perspektywie przegryzania jeszcze goracego, naladowanego truskawkowym ladunkiem konfiturowym, "drozdzaka".
Nie opieram sie! Biore make, jajka, drozdze. Misze. Zagniatam. Odczekuje. Formuje. Smaze...

potem juz tylko lakome dzwieki talerzykow, lyzeczek, poparzonych palcow, usmiechnietych buzi i nasyconych pragnien "krotkotrwalego powrotu do dziecinstwa"... i nawet brak lukru nie jest nazbyt doskwierający. Ot, pączek sauté!!!!

Nikt nie dbal o prezentacje, o to by uwiecznic cos na zdjeciu. A szkoda troche, bo to pierwsze robione przeze mnie od A do Z paczki, i to na obczyznie.

Moja mala duma :)


Przepis pojawi sie wkrotce :)

2011-03-01

For my twin


Dzien w bardzo Chopinowskiej tonacji.
Wszystkie nokturny i preludia wysluchane.
Ciasto skonsumowane.
Czysty dobrobyt...

2011-01-05

Galette des rois... czyli na Trzech Kroli

Jutro bedziemy swietowac Trzech Kroli, ale wszyscy od paru dni opchani sa juz frangipane zapiekanym we francuskim ciescie. Moje lakomstwo i tu zaznalo ukojenia.

Do szczegolow tradycji odsylam na wszystkie mozliwe frankofonskie strony. Nie czuje sie kompetentna w opisywaniu tradycji, ktore do naszych "swojskich-polskich" nie naleza.

Epiphanie na dodatek nie jest dniem wolnym od pracy (przeciwnie, w Polsce jutro bedziecie korzystac z wolnosci, czyz nie?! :), zatem tradycja jest, iz kazdy przynosi galette (znow :] ) do pracy i odbywa sie wspolna degustacja, dopuki ktos niepozornie nie natrafi na "twardy orzech do zgryzienia" w postaci porcelanowej figurki, za czasow wczesnego chrzescijanstwa w postaci ziarna bobu (fève).
Idziemy z duchem czasu, moze niedlugo beda to klucze USB lub MP3 w ciescie (he he), jak na razie tradycji ma stac sie zadosc... wiec, zapraszam do malej degustacji :))))



Na 6tego stycznia.

2010-09-19

choque - late... czyli historie czekolado-podobne


Niedawno temu, szabrując sklepowe pułki w poszukiwaniu produktów pierwszej potrzeby, nasze oczy (przyp. red. moje i Mojego) zbiegły się konwergencyjnie na żółtym pudelku, zaraz potem patrzylismy na siebie porozumiewawczo. Porozumiewawcze łakomstwo.
A mialo byc tylko ciemne kakao na wypieki i domowe pudingi...

Niestety z zakupow zawsze wracamy z jedna siatka produktow "porzadanych i niezbednych", i z druga siatka zupelnie nie planowana, bedaca swiadectwem naszego lakomstwa, rozpustnosci, a w najlepszym razie po prostu kulinarnej ekstrawagancji...

Żółte pudełko Nesquika, dla Mojego kolejny pretekst do zastąpienia porannej kawy, dla mnie nostalgia dzieciństwa. Smak pierwszego "zagranicznego" kakao, smak tajemnicy zza zachodniej granicy, smak eksportowanych produktów i egzotyka Peweksu.
Pamiętam pierwsze pudełko Nesquika, jakie dotarło do nas w paczce, wysłane przez francuska rodzinę pod koniec lat osiemdziesiątych, a może na początku lat dziewięćdziesiątych. Bynajmniej pora przemian w post-komunistycznej Polsce, odwieczne kolejki, mleko i śmietana w butelkach ze sreberkowym kapslem, ser biały pakowany w szary papier, ser żółty tani jak barszcz...
To wszystko co wiedziałam o mojej francuskiej rodzinie. Wraz z końcem komunizmu zakończył się tez kontakt i paczek już nie było. Bynajmniej nie pamiętam... może moja warszawska bliźniacza dusza przypomni mi nieco (P.S. Moja E., pamiętam laleczki baletnice... nie pamiętam natomiast co się z nimi stało...).

A zatem dotarliśmy do domu, wypakowaliśmy zakupy, i pierwsze w ruch poszło owe żółte pudełko. Otwieranie wieczka, usuwanie wierzchniego sreberka, zanurzanie łyżeczki w delikatnym kakaowym pudrze, kubki z ciepłym mlekiem już gotowe. I pierwszy łyk, pierwsze lekkie rozczarowanie. Za slodkie, za malo kakaowe...
Bo nierzadko magia wspomnien nie ma nic wspolnego z odtworzona magia rzeczywistosci. Czasem lepiej pozostawic wspomnienia, by zyly swoim naturalnym melancholijnym biegiem, i nie koniecznie inscenizowac je na nowo...


Mój dziadek na przykład pamięta, jak będąc w przymusowej pracy u niemieckiego baora, jego francuski współbrat losu otrzymał paczkę od czerwonego krzyża. I była w niej czekolada gruba na 2 palce... tak gruba, ze ciężko było ja łamać. I owy francuz nie podzielił się z nikim (franca :] ), nikogo nie poczęstował. I ta magia grubej na dwa palce i niedostępnej czekolady pozostała, a moje próby zrealizowania tego nostalgicznego wspomnienia, może na szczęście, nie udały się... wspomnienia pozostały te same, dziadek nie wspomina moich importowanych regularnie czekolad. Tym lepiej.

I znowu było o czekoladzie.
Przyznam, że bez czekolady potrafię żyć, ale nie znam nikogo, kto na propozycje ciemno-brązowej kostki słodkości pozostał by obojętny... i są takie momenty gdy jesienne temperatury ubierają nas w wełniane swetry, wyciągają z szaf mięsiste koce i pledy, a przede wszystkim otwierają książki kucharskie na najbardziej pokrzepiających przepisach...

Bo wspomnieć trzeba o narodowej miłości Francuzów do czekolady. Najlepszy przykład to czekoladowe standardy, wymieniane jednym tchem: moelleux au chocolat, fondant au chocolat, crème au chocolat, pain au chocolat... bez czekolady francuskie cukiernictwo było by bez wątpienia uboższe.

"szokola.... szokola..."



Moelleux au chocolat (przepis w moim posiadaniu dzieki uprzejmosci i przyjazni pewnej Francuzki)


200 g maki pszennej (200 g de farine)
100 g cukru krysztalu (100 g de sucre en poudre)
3 jajka (3 oeufs)
200 ml kremowki 15 lub 30% (200 ml de crème fraiche 30%)
100 g masla nie solonego (100 g de beurre doux)
100 ml mleka  (100 ml de lait)
1 lyzeczka proszku do pieczenia (1 càc levure chimique)
200 g czekolady gorzkiej (moze byc kuwertura cukiernicza) (1 tablette de chocolat patissier, soit environ 200 g)
1 czubata lyzka ciemnego kakao w proszku (1 c à soupe de cacao noir)
garsc orzechow wloskich posiekanych, wg uznania

Podgrzac w rondelku mleko i kremowke wraz z polamanymi kawalkami czekolady i maslem, mieszajac dosc regularnie by nic sie nie przypalilo. Gdy calosc rozpusci sie i jednolicie polaczy, odstawic z ognia. W miedzyczasie ubic jajka i cukier na gladka mase.Do jajecznej masy dolewac regularnie czekoladowa mieszanke, ciagle miksujac. Na sam koniec wsypac make, kakao i proszek do pieczenia. Polaczyc ostroznie. Mozna dodac pol lyzeczki cynamonu (jesli ktos lubi) lub tez garsc orzechow wloskich uprzednio posiekanych.
Nagrzewamy piekarnik do 180°C.
Tak przygotowana masa napelniamy wszelkiego rodzaju dostepne foremki. Ja zaopatrzylam sie niegdys w forme do pieczenia muffinek i male silikonowe foremki, ktore swietnie zdaja swoja funkcje.
Wstawiamy na posredni poziom piekarnika (nie za wysoko, by sie nie przypalily z wierzchu).
Pieczemy od 10 do 20 minut w zaleznosci od wysokosci foremek, jak i od pozadanego efektu. Im krocej trzymamy moelleux au chocolat w piekarniku, tym bardziej ciasto wychodzi wilgotne, zwarte, czyli takie jak moelleux powinno byc. Moze byc wrecz leiste, jesli wyciagniemy babeczki dokladnie po 10 minutach... i w takim przypadku trza przehrzcic nasze "moelleux" na "fondant", gdyz wychodzi nam leiste czekolowe ciasteczko. Sa jednak tacy, ktorzy wola miec mufino-podobne, pieknie wyrosniete babeczki, i w tym przypadku wskazane jest pozostawienie czekoladowych babeczek w spokoju ( w piekarniku :) przez co najmniej 20 minut, jesli nie wiecej.

Najlepsze z kubkiem mleka, jeszcze lekko cieple. Dobrze sie przechowuja przez kilka dni, nabierajac bardziej wyrazistego smaku i zwartej formy.

Moja specjalność na wszelkie imprezy pożegnalne, (dziwnie to zabrzmialo, ale jak najbardziej aktualne) gdyz wychodzi mi z podanej porcji co najmniej 24 moelleux au chocolat. Kolejne już niedługo...
Dzis bynajmniej nie pożegnalne, czekoladowe lakocie na chlodne dni... dla mnie i Mojego.
Bon ap!
 

P.S. Ze specjana dedykacja dla pozeraczy czekolady...!!!!!!!!!

crème brûlée... o małych grzeszkach kulinarnych część druga

Za każdym razem będąc w restauracji i mając okazje zamówić deser, na usta cisło mi się gotowe pytanie: a czy mają państwo crème brûlée? Wykwintne w swej śmietankowości, ekstrawagandzkie rzekłabym z racji formy i pękającej cukrowej skorupki na wierzchu, nieosiągalne w swej doskonałości (przynajmniej wówczas tak myślałam) i prostocie. Deser idealny, très gourmand...


Crème brûlée

4 żółtka
50 gram cukru kryształu
200 ml kremowki 30 %
120 ml mleka
1 laska wanilii, przepołowiona wzdłuż lub jesli brak, ekstrakt z wanilii (nie mylić z olejkiem waniliowym do ciast!)

Żółtka połączyć z cukrem, ale nie ucierać na białą masę. Wprowadzone powietrze spowoduje powstanie baniek powietrza w naszym kremie, a nie o to chodzi :).
Mleko i kremówkę podgrzać w rondelku razem z laską wanilii, doprowadzić do wrzenia i szybko zdjąć z ognia. Następnie połączyć mleko z żółtkową masą  mieszając w miarę energicznie, by żółtka nie ścięły się. Mozna postawić tak powstałą masę na moment na ogień, by lekko zgęstniała.
Następnie napełnić nią foremki (ceramiczne ramequin lub inne żaroodporne naczynka) i włożyć do uprzednio nagrzanego do 100°C piekarnika. Piec około 45 do 60 minut.
Wyjąć i po ostudzeniu włożyć do lodówki na co najmniej 2 godziny.

Przygotowanie chrupiącej karmelowej powłoczki jest już czynnością na tyle trudniejsza, iż albo prosperujemy specjalnym sprzętem, albo bawimy się w opiekanie naszego crème brûlée w piekarniku z opcja opiekania.
W tym celu posypujemy z wierzchu nasz krem cukrem pudrem lub cukrem kryształem, i wkładamy do piekarnika na najwyższy poziom (blisko opiekacza), do czasu aż cukier zacznie brązowieć. Efekt nie jest tak powalający jak w przypadku karmelizowania cukru specjalną opalarką... mi jednak wystarczył :)

 

Nie mogę nacieszyć się smakiem mojego crème brûlée, które smakuje identycznie jak to zamawiane po restauracjach... teraz już zmuszona jestem zmienić menu, a może odstąpię zupełnie od deserów w restauracjach, skoro sama potrafię stworzyć coś, co do dzisiaj było moim marzeniem sennym...

Najbardziej spodobało mi się zaskoczenie Mojego, który z niedowierzaniem przypatrywał się kolejnym etapom mojego tworzenia, i nie był pewien końcowego efektu. Z lekka ironią w glosie nawet zaproponował degustację kremu... i tu moment przemiany. Duchowej. Cielesno-zmysłowej, bo oto na kubkach smakowych pojawił się smak znanego od dawna crème brûlée, ale w wykonaniu mojej skromnej osoby :)

Mile zaskoczenie... :)
I wielu takich zaskoczeń Wam życzę!!!!!

A dla tych, którzy chcieliby zgłębić niektóre tajniki, polecam zaglądnąć tu (wersja po francusku, ale zrozumiała dzięki przejrzystemu filmikowi ).


2010-09-11

babie lato i inne historie...


Tak ciepłych dni w miesiącach letnich było niewiele, a z pewnością zbyt mało. Wręcz oburącz policzyć można... Pięknie rozsłoneczniony dzień, nawet Śpiocha udało mi się wyciągnąć na spacer. I przechadzając się wśród zeschłych liści pobocznych uliczek i alejek, coś mglistego niespodziewanie zaczepiło się o kosmyk moich włosów i przywarło lekko do policzka... babie lato!!!!
Jedno z piękniejszych odkryć ostatnich dni... kwintesencja lata na wsi, wykopków i zbiorów w sadzie... U dziadków już jest "po" tych wszystkich przygotowaniach do zimy. Mamine relacje telefoniczne potwierdzają za każdym razem sezonowość pór roku, którą to w mieście odczuwa się inaczej, nie tak w pełni. Bo albo mowa o młóceniu fasoli, o pieczeniu ziemniaków, o ostatnich brzoskwiniach zerwanych na konfitury, a to pierwsze przymrozki... w mieście mam metéo z ilością opadów i kierunkiem wiatru. To nie to samo...

I tak wracając wolnym krokiem, niespiesznie, wręcz leniwie i podziwiając barki wzdłuż zachodnio-brzeżnej Sekwany, Luby Mój zapragnął musu z awokado... niezbadane są wyroki kulinarne.

I tym sposobem, chcąc nie chcąc, z racji pozamykanych sklepów siódmego dnia tygodnia, przymus zrobienia zakupów stał się oczywisty. Największe tłumy spragnione konsumpcji przypadają właśnie na późno-popołudniową sobotnią porę.
Jednym słowem konfrontacja z tłokiem, przejściami miedzy półkami rozstawionymi wózkami upchanymi rozkrzyczanymi dziećmi, emerytami którzy przekornie (mając do dyspozycji pozostałe wolne dni) wybierają tę porę właśnie. Może z potrzeby społecznego zbliżenia, nadziei na bardziej atrakcyjne ceny... nie wiem. Wiem tylko, że to nie jest moja ulubiona pora na zakupy...
Lodówkę niestety na nadchodzący tydzień trzeba zapełnić, marché pozamykane o tej porze, wyboru wielkiego nie mamy...
I pozwoliłam sobie rozrzutnie, pomimo crème brulée w planach bardzo nie-dalekosiężnych, na paczuszkę moich ulubionych ciasteczek... do porannej kawy, jedyne co leczy mnie z migreny wraz z każdym okruszkiem zmiatanym z talerzyka...
Krucha maślana tartletka, ciągnący się karmel przygotowany na solonym maśle i... ciemna czekolada.
Tak, jestem łasuchem,  ale z umiarkowaniem. Na dwóch ciasteczkach kończy się rozkoszna chwila :]
Tout avec modération!!!!!!!!!

2010-09-08

choco-coco, czyli... czekoladowo-kokosowy suflet



Nie wiem co mnie dzis zainspirowalo. Moze chlod wieczoru i mysl o goracej czekoladzie, tak bardzo pokrzepiajaca... A moze po prostu zakup nowych ramequins (tak tak, tez mam to zboczenie :] ).
Zapragnalo mi sie deseru lekkiego, acz intensywnego. Puszysta pianka-mus z gorzkiej czekolady 80%, z nuta kokosu.
Musze sie jednak przyznac, iz przepis jest kompletnym eksperymentem z mojej strony. Szalenstwo... czekoladowe.
Moj bardzo ucieszyl sie na propozycje deseru po cieplej kolacji (tak, niestety... we Francji je sie cieple kolacje, ktore niczym w formie i porcji nie odbiegaja od polskich obiadow, i nie prawda jest ze Francuzki przez to nie tyja... ;P, ale o tym innym razem). I na domiar tego zaaprobowal i poprosil o wiecej.
Deser prosty, acz wyrafinowany. Dla koneserow czekolady po prostu "must have" ;)
W ramach eksperymentu pokusilam sie na mala porcje, a i tak wyszlo okolo 8 malych foremek o srednicy 4 cm. Lakomstwo nie zna granic, wiec jako globtroter smakow kolonizuje coraz wieksza ilosc naczyn, naczynek, miseczek, lyzeczek...




Czekoladowo-kokosowy suflet

2 jajka, rozbic osobno na zoltko i bialko
70 g gorzkiej ciemnej czekolady
10 g cukru
100 ml mleka kokosowego (w wersji bez mleka kokosowego mozna uzyc po prostu kremowki 15%; 
mala uwaga: przy kupnie mleka kokosowego warto spojrzec na sklad, gdyz wielu producentow chemicznie zageszcza produkt, i zamiast 99,9% kokosu mamy wartosc 70%... a co reszte stanowi, wiadomo, zgroza)
2 lyzki maki pszennej
2 lyzeczki wiorkow kokosowych

Zoltka ubic z cukrem, dodac czesc mleka kokosowego, maka i wiorki kokosowe i wymieszac razem. W reszcie mleka kokosowego rozpuscic czekolade na malym ogniu, mieszajac regularnie by sie nie przypalila. Tak rozpuszczona dodac ostroznie, ciagle mieszajac, do jajecznej masy. Na koniec ubic bialka na sztywno, i delikatnie mieszjaca polaczyc calosc. Delikatnie napelniac foremki.
W miedzyczasie nagrzac piekarnik do 140°C, wstawic na okolo 10 do 15 minut, wylozone na blasze lub formie do pieczenia ciast czesciowo wypelnionej woda. 

Wierze, ze kazdy po swojemu zmodyfikuje recepture i powstanie niezla kolekcja sufletow i musow...
Eksperymenty jak najbardziej wskazane!

 



2010-09-02

jabłka w sadzie...

Pamiętam, jak w zeszłym roku udało mi się na parę chwil wydostać z Francji i znaleźć w sadzie u dziadków, gdzie wiekowe jabłonie i grusze nostalgicznie wykręcają swe gałęzie. Każdego roku zbiory, przetwory, wykopki. Jabłka z sadu dzielą się na te wczesne i te późne. W miarę upływu lat sad uszczuplił się o parę drzew. Zmodernizował się. Ale ostatnia w głębi jabłonka, z najbardziej soczystymi i aromatycznymi owocami, a przy tym jak najbardziej "bio" bo z robaczkiem w ateście, ostała się...
Ciekawe czy owoce już dojrzały... na razie nie mam jak zasmakować....

Pamiętam bardzo dobrze jak dziadek obierał jabłka równym gestem bez odrywania noża. Spiralne jabłczane obierki opadały na stół. Potem było dzielenie na ćwiartki...

Była cała masa jabłeczników maminych, na kruchych spodach i z kruszanka. Klasyka.
I zatęskniłam za tym smakiem na tyle mocno, iż fakt wyrabiania ciasta i czekania, by doszło w chłodzie lodówki, nie zniechęcił mojej niecierpliwej natury... bo czasem warto poczekać.



Zacznę ta kulinarna podróż od przygotowania crème pâtissière, który w rzeczywistości przypomina nieco nasz poczciwy polski budyń, a z czym tubylce nie chcą się zgodzić. Jest wiele gotowych crème pâtissière w kartonikach, które czekają na sklepowych półkach, ale nie ma to jak własny, przygotowany samemu.
Pełna satysfakcja.

A zatem, moja osobista wersja crème pâtissière:

- 200 ml mleka półtłustego
- pół laski wanilii
- 1 żółtko (lub 3 w wersji "gourmande")
- 40 g cukru kryształu
- 15 g skrobi kukurydzianej lub ewentualnie maki pszennej
- 15 g masła


Mleko zagotowujemy w rondelku razem z laską wanilii (uprzednio wyskrobujemy ziarenka bezpośrednio do mleka i pozostałą część wanilii wrzucamy w całości), odstawiamy jak tylko zacznie kipieć. Jajko i cukier ucieramy na gładką masę, następnie wsypujemy ostrożnie skrobie i dalej ucieramy tak, aby nie było grudek. Do utrzymanej masy wlewamy ostrożnie część ciepłego mleka i mieszamy. Ponownie stawiamy rondelek z pozostałym mlekiem na kuchence i wlewamy jajeczną masę. Dalsza część procedury nie odbiega od przygotowywania budyniu "z torebki". Na małym ogniu mieszamy regularnie, by krem nie przypalił się i nie tworzył grudek. Kiedy wystarczająco zgęstnieje i uzyska gładką konsystencję, odstawiamy z ognia i dalej mieszamy, dodając na koniec masło. Tak przygotowany krem można aromatyzować na wszelaki sposób: kawą, rumem, likierami, czekoladą,... Ja dosypuje w trakcie gotowania 4 czubate łyżki migdałów w proszku. Efekt jest zniewalający...

Tarte aux pommes

Spód (ciasto kruche):
220 g maki pszennej
150 g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
1 jajko
40 g cukru
1/4 łyżeczki soli
łyżka wody

Z podanych składników zagnieść ciasto (przy czym nie zagniatać zbyt długo, gdyż ciasto staje się "betonowate" po upieczeniu). Oddzielić od ciasta małą część wielkości garści, która posłuży nam jako kruszonka crumble.
Okrągłą formę do tart (o średnicy ok. 25 cm) wylepić resztą ciasta i wstawić oba ciasta na co najmniej 30 minut (w porywach do godziny) do lodówki.

W tym czasie przygotować nadzienie:
2 dorodne jabłka z gatunku kwaskowych, obrane, wydrążone i pokrojone w plasterki
200 ml musu jabłkowego (compote de pomme) niskosłodzonego
250 g crème pâtissière (wg przepisu podanego powyżej)
2 łyżeczki migdałów w proszku lub płatków migdałów do posypania

W miedzyczasie nagrzac piekarnik do 180°C.

Wyciagnac z lodowki forme z ciastem, wysmarowac bardzo cienka warstwa musu jablkowego, nastepnie wylac mase jajeczna crème pâtissière, kolejna warstwa nieco grubsza  musu jablkowego i na sam wierzch wylozyc plastry jablka. Skropić sokiem z cytryny. Pozostałą część ciasta wyjąć z lodówki i zetrzeć na tarce z grubymi oczkami lub pokruszyć ręcznie na wierzchu jabłek. Na sam koniec posypac wierzch migdalami i wstawic calosc do nagrzanego piekarnika. Przy piekarniku elektrycznym mozna zmniejszyć temperaturę do 160°C i piec 40 minut. Nierzadko pieczenie trzeba przedłużyć do 60 minut gdyż masa musi się dobrze ściąć.
Po upieczeniu wyjąć z piekarnika i ostudzić.
Bon appétit!


2010-08-27

cynamonowe drozdzaki

Zainspirowana przepisem, a moze bardziej faktem uzycia cynamonu, skusilam sie na buleczki cynamonowe, z subtelna modyfikacja skladnikow. Nie moglam nie ulec pokusie dorzucenia jablkowego musu, a w drugiej (oczywistej z reszta) kolejnosci paru garsci rodzynek.
Et voilà!



Wedlug przepisu z Pracowni Wypiekow do odszukania tutaj

przed...                                                                                                    po...

2010-08-22

... na początek ... na dzień dobry


Jeżeli kiedykolwiek mogłam snuć w swych marzennych (marzannych marcannych) myślach o idealnym poranku, to właśnie taki dziś mnie przywitał... Wiadomo że idealny poranek musi spełniać conalmniej kilka, zwykle znacznie więcej, warunków: "po pierwsze" musi być słoneczny (nie ważne czy akurat mamy na dworze plus czy minus 20 stopni), "po drugie" musi się wstać wyspanym i mieć masę energii i siły do działania, co z tym się łączy to "po trzecie" aby mieć wiele przyjemnych przejmująco wciągających planów na ten dzień... każde kolejne po któreś-tam spina się klamrą uśmiechu kończąc długą litanię warunkującą szczęście.... Czasem w idealny dzień wystarczy tylko (aż?) rozpromieniony uśmiech ukochanego wręczającego ze szczerą radością świeże pachnące bułeczki z piekarni i przepięknej urody bukiet polnych kwiatów... i cudne manowce!!!


...a jak rozdajemy radośc to i do nas wraca zdwojona, więc nie będąc długo dłużną (jeżeli nie jest długo czekać od okwieconego poranka do aromatycznie pachnącej późnej nocy) zaplanowałam coś co "misie" lubią najbardziej - PLACEK DROŻDŻOWY ZE ŚLIWKAMI !!! w końcu sezon w pełni i natura sama kusi zapachami i smakami...





















Placek drożdżowy ze śliwkami (lub innymi sezonowymi owocami)


Ciasto:

Składniki na rozczyn:
- 1/2 szklanki mąki (w sumie potrzeba ok.1/2 kg)
-
1/2 szklanki letniego mleka
- 50g drożdży świeżych lub suchych instant opakowanie opakowanie łyżeczki suchych drożdży (16 g) lub 32 g drożdży
- 4 łyżki cukru

Pozostałe składniki na ciasto:
- ok. 3 szklanki mąki (nie wsypujemy wszystkiego od razu)
- 2 jajka
- 1/2 szklanki letniego mleka
- 1/3 szklanki cukru
- 1 cukier waniliowy lub lepiej otarta laska wanilii
- 1/3 kostki miękkiego masła
- szczypta soli


Na wierzch bohater całego zamieszkania:
- śliwki węgierki, najlepiej twardawe, ok. 1 kg

i na koniec kruszonka:
- 3/4 szklanki mąki
- 1/2 szklanki cukru (lub ciut mniej i cukier waniliowy)
- 1/3 kostki miękkiego masła
- 1/2 łyżeczki cynamonu


......................(instrukcja już wkrótce ! pieczenie ciast tak mnie pochłonęło że ciężko nadążyć z ich spisywaniem)...........................

2010-08-16

Kiedy za oknami gama szarości... węgierski sen





Połowa sierpnia. Poranny trzynastostopniowy chłód. Najzimniejsze lato w historii Ile de France. I nawet wirująca egzotyka, kolorowe stroje afrykańskich imigrantów na ulicach i otwarte owocowo-warzywne sklepiki "u Araba" nie są w stanie rozgrzać atmosfery. Niebo się rozlało po ulicach... I nie czekając na nasze narodowo-wszczepione depresyjne nastawienie, postanowiłam  rozgrzać się od środka. I pomysł zrodził się na petits pains aux fruits secs... Małe bułeczki wręcz naszpikowane suszonymi delikatesami. Abrykotowe morele, mięsiste figi i intensywne śliwki, z cała różnorodnością rodzynek, zatopione w konkretnej strukturze wieloziarnistego chleba (à propos, zabrzmiało to jak  klawiatura żeber cielęcych Schulza ze "Sklepów cynamonowych"...).
Kwaśność żytniej mąki, słodkawy posmak ziaren słonecznika, chrupiące ziarenka lnu i prażonego białego sezamu tu i ówdzie... i w to wpleciony smak suszonych owoców.


Jeżeli zależy nam na barokowym przepychu, można zaszaleć i dorzucić garść orzechów "krajowych i zagranicznych". Z naszych  k r a j o w y c h  na myśl przychodzą mi o ironio te włoskie, a z owoców śliwki węgierki :] To właśnie z nich powidła na ciepło najlepiej sprawdzają się w chłodne dni, z filiżanką ciepłej herbaty z kardamonem. Mmmmmm.....



Bułeczki wieloziarniste z suszonymi owocami (Petits pains aux fruits secs)  


  • 350 ml letniej wody (35°C)
  • 1 łyżka soli drobnozmielonej
  • 150 g mąki pszennej
  • 150 g mąki żytniej
  • 200 g mąki wieloziarnistej/wielozbożowej
  • 50 g mieszanka ziaren (słonecznika, sezamu, lnu etc.)
  • 50 g orzechów laskowych i włoskich
  • 50 g  rodzynek sułtanek, królewskich lub innych według uznania
  • 100 g fig, daktyli, moreli i innych suszonych delicji
  • 1 łyżka miodu
  • 2 saszetki drożdży piekarskich (francuska alternatywa dla poczciwych drożdży w kostce, priorytetowych jednakże!