Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia francuska. Pokaż wszystkie posty

2012-03-06

Paryskie sniadania


Nie zawsze chce sie wychodzic po bagietke z rana. Kiedys bym sie dziwila.
Bo trzymajac w rece jeszcze ciepla i pachnaca "piekarnia" bagietke, owinieta w rustykalnie wygladajacy papier, mozna by tylko celebrowac taki magiczny drobiazg codziennosci. Maszerujac z "rogalem" na twarzy, i chrupiac pietke tej francuskiej kwintesencji piekarnictwa.
Nasz chleb powszedni.
Ale jak juz rzeklam, sa poranki, kiedy pyl rzeczywistosci raczej osuwa na nas drugi koniec koldry i zaslania slonce za oknem. I wtedy cieszymy sie z pozostalego z wczoraj pieczywa. Czerstwawego, nie tak juz chrupiacego.
Bo wtedy oto mozna pokusic sie na petit déjeuner à la parisienne.
To tak jakby chciec zrobic francuski omlet na bazie bagietki. Na slodko.
I przekornie jeszcze nazwac to pain perdu.Stracony chleb, ale czyzby stracony?

Odzyskany, i to ze smakiem :)








2011-05-23

Zapiekanka z zielonych szparagow z szynka.



I czesc druga... czyli szparagowego dnia final.

Zapiekanka z zielonych szparagow z szynka, z nuta trawy cytrynowej i suszonych pomidorow.

Przepis wkrotce...






2011-03-09

Sery, czesc 1

Fromage...
subtile alliance de la force du gorgonzola et du crémeux du mascarpone
i jak tu nie dac sie nie skusic... ?!


2011-01-05

Galette des rois... czyli na Trzech Kroli

Jutro bedziemy swietowac Trzech Kroli, ale wszyscy od paru dni opchani sa juz frangipane zapiekanym we francuskim ciescie. Moje lakomstwo i tu zaznalo ukojenia.

Do szczegolow tradycji odsylam na wszystkie mozliwe frankofonskie strony. Nie czuje sie kompetentna w opisywaniu tradycji, ktore do naszych "swojskich-polskich" nie naleza.

Epiphanie na dodatek nie jest dniem wolnym od pracy (przeciwnie, w Polsce jutro bedziecie korzystac z wolnosci, czyz nie?! :), zatem tradycja jest, iz kazdy przynosi galette (znow :] ) do pracy i odbywa sie wspolna degustacja, dopuki ktos niepozornie nie natrafi na "twardy orzech do zgryzienia" w postaci porcelanowej figurki, za czasow wczesnego chrzescijanstwa w postaci ziarna bobu (fève).
Idziemy z duchem czasu, moze niedlugo beda to klucze USB lub MP3 w ciescie (he he), jak na razie tradycji ma stac sie zadosc... wiec, zapraszam do malej degustacji :))))



Na 6tego stycznia.

2010-12-12

poti-marron. dynia. kasztan. zupa.




Dawniej, slyszac o zupie krem z dyni, rozmarzalam sie na temat jej smaku i tekstury. Po erze zup z pelnokawalkowa pietruszka i selera, marzyly mi sie kremowe, wyrafinowane, aksamitne wrecz zupy crème.... Nie znajac ich smaku, marzylam jeszcze intensywniej.
I sie "domarzylam". Pierwsza wersja byla z kartonu. We Francji mozna zdobyc wszystkie rodzaje zup gotowych w kartonach. I to doprawdy jakosci bez zarzutu. A z braku czasu i leku przed stopniem trudnosci wykonania, latwiej bylo eksperymentowac na sucho... zupa z kartonu posmakowala mi :)
Ale nie byl to jeszcze powod, ani sezon (wiosna w pelni byla) na dyniowe potyczki kulinarne.
Dopiero degustacja w prawdziwej francuskiej restauracji gastronomicznej uswiadomila mnie, ze ten smak musze sama wydobyc z Cucurbita. I historia ma sie podobnie jak z crème brulée... danie "nieosiagalne" stalo sie standartem w mojej kuchni :)
Nie mam zadnych rodzinnych tradycji kulinarnych zwiazanych z dynia. W mojej rodzinie byla wylacznie warzywem pestko-dajnym, rzekomo-dekoracyjnym... dla mnie symbol jesieni, sezonowosci pewnych dan.
I gdy chlodne dni staja coraz krotsze i coraz bardziej deszczowe, zupa z dyni staje sie slonecznie barwnym wybawieniem. Ciepla w kolorze. Ciepla w smaku. Gesta. Pokrzepiajaca.

Potimarron to typ dyni, o drobnych, soczysto pomaranczowych owocach i kasztanowym smaku.
Potiron, to po francusku dynia. Marron, to rodzaj kasztana jadalnego.

Stad tez proponuje Wam dzis zupe, poti-marron, zupe krem z dyni z prazonym kasztanami.




Zupa krem z dyni z kasztanami (Velouté de potiron aux châtaignes)


500 g dyni (pol sredniej wielkosci dyni lub cala mala sztuka)
2 srednie ziemniaki
1 srednia marchew
1 litr bulionu lub, z braku, wywaru z "kostki bulionowej"
2 czubate lyzki gestej kwasnej smietany
8-10 sztuk kasztanow jadalnych (swiezych do prazenia lub gotowych konserwowych)
pieprz i sol do smaku
szczypta galki muszkatalowej

Dynie dzielimy na kwalki, obieramy ze skorki i kroimy w srednia kostke. Podobnie ziemniaki i marchew.
Wszystkie warzywa wkladamy do garnka, zalewamy bulionem (nie za duzo, tylko do poziomu warzyw by ledwo je przykrylo). Gotujemy na malym ogniu do miekkosci.
Nastepnie ugotowane warzywa odcedzamy, zachowujac wywar warzywny. Miksujemy je "w mikserze" lub "mikserem" w zaleznosci od posiadanego modelu. Miksujac dodajemy sukcesywnie wywar, tak aby zupa miala konsystencje zupy a nie pasty, unikajac zbytniego rozrzedzenia.
Na sam koniec dodajemy pieprz, sol do smaku jesli zupa zdaje sie byc niewystraczajaco slona, szczypte (doslownie!) startej galki muszkatalowej i smietane. Miksujemy calosc.

A w miedzyczasie...
Kasztany nacinamy lekko nozem z jednej strony "pod skosem". Nagrzewamy piekarnik do 200°C i wkladamy kasztany wylozone na blasze lub zaroodpornym naczyniu. Prazymy przez 20 minut. Wyciagamy, studzimy i obieramy ze skorupki.
Jesli korzystamy z kasztanow puszkowych, odcedzamy je po prostu, kroimy na polowki i dodajemy do goracej zupy. Po 2-4 polowki na talerz zupy.
Skrzetnie wylawiane w trakcie degustacji... nadaja specyficznego smaku.

Polecam z grzankami czosnkowymi lub najprostrza bagietka.

Bon appétit!!!!!!! 

A w trakcie gotowania polecam...



2010-09-19

choque - late... czyli historie czekolado-podobne


Niedawno temu, szabrując sklepowe pułki w poszukiwaniu produktów pierwszej potrzeby, nasze oczy (przyp. red. moje i Mojego) zbiegły się konwergencyjnie na żółtym pudelku, zaraz potem patrzylismy na siebie porozumiewawczo. Porozumiewawcze łakomstwo.
A mialo byc tylko ciemne kakao na wypieki i domowe pudingi...

Niestety z zakupow zawsze wracamy z jedna siatka produktow "porzadanych i niezbednych", i z druga siatka zupelnie nie planowana, bedaca swiadectwem naszego lakomstwa, rozpustnosci, a w najlepszym razie po prostu kulinarnej ekstrawagancji...

Żółte pudełko Nesquika, dla Mojego kolejny pretekst do zastąpienia porannej kawy, dla mnie nostalgia dzieciństwa. Smak pierwszego "zagranicznego" kakao, smak tajemnicy zza zachodniej granicy, smak eksportowanych produktów i egzotyka Peweksu.
Pamiętam pierwsze pudełko Nesquika, jakie dotarło do nas w paczce, wysłane przez francuska rodzinę pod koniec lat osiemdziesiątych, a może na początku lat dziewięćdziesiątych. Bynajmniej pora przemian w post-komunistycznej Polsce, odwieczne kolejki, mleko i śmietana w butelkach ze sreberkowym kapslem, ser biały pakowany w szary papier, ser żółty tani jak barszcz...
To wszystko co wiedziałam o mojej francuskiej rodzinie. Wraz z końcem komunizmu zakończył się tez kontakt i paczek już nie było. Bynajmniej nie pamiętam... może moja warszawska bliźniacza dusza przypomni mi nieco (P.S. Moja E., pamiętam laleczki baletnice... nie pamiętam natomiast co się z nimi stało...).

A zatem dotarliśmy do domu, wypakowaliśmy zakupy, i pierwsze w ruch poszło owe żółte pudełko. Otwieranie wieczka, usuwanie wierzchniego sreberka, zanurzanie łyżeczki w delikatnym kakaowym pudrze, kubki z ciepłym mlekiem już gotowe. I pierwszy łyk, pierwsze lekkie rozczarowanie. Za slodkie, za malo kakaowe...
Bo nierzadko magia wspomnien nie ma nic wspolnego z odtworzona magia rzeczywistosci. Czasem lepiej pozostawic wspomnienia, by zyly swoim naturalnym melancholijnym biegiem, i nie koniecznie inscenizowac je na nowo...


Mój dziadek na przykład pamięta, jak będąc w przymusowej pracy u niemieckiego baora, jego francuski współbrat losu otrzymał paczkę od czerwonego krzyża. I była w niej czekolada gruba na 2 palce... tak gruba, ze ciężko było ja łamać. I owy francuz nie podzielił się z nikim (franca :] ), nikogo nie poczęstował. I ta magia grubej na dwa palce i niedostępnej czekolady pozostała, a moje próby zrealizowania tego nostalgicznego wspomnienia, może na szczęście, nie udały się... wspomnienia pozostały te same, dziadek nie wspomina moich importowanych regularnie czekolad. Tym lepiej.

I znowu było o czekoladzie.
Przyznam, że bez czekolady potrafię żyć, ale nie znam nikogo, kto na propozycje ciemno-brązowej kostki słodkości pozostał by obojętny... i są takie momenty gdy jesienne temperatury ubierają nas w wełniane swetry, wyciągają z szaf mięsiste koce i pledy, a przede wszystkim otwierają książki kucharskie na najbardziej pokrzepiających przepisach...

Bo wspomnieć trzeba o narodowej miłości Francuzów do czekolady. Najlepszy przykład to czekoladowe standardy, wymieniane jednym tchem: moelleux au chocolat, fondant au chocolat, crème au chocolat, pain au chocolat... bez czekolady francuskie cukiernictwo było by bez wątpienia uboższe.

"szokola.... szokola..."



Moelleux au chocolat (przepis w moim posiadaniu dzieki uprzejmosci i przyjazni pewnej Francuzki)


200 g maki pszennej (200 g de farine)
100 g cukru krysztalu (100 g de sucre en poudre)
3 jajka (3 oeufs)
200 ml kremowki 15 lub 30% (200 ml de crème fraiche 30%)
100 g masla nie solonego (100 g de beurre doux)
100 ml mleka  (100 ml de lait)
1 lyzeczka proszku do pieczenia (1 càc levure chimique)
200 g czekolady gorzkiej (moze byc kuwertura cukiernicza) (1 tablette de chocolat patissier, soit environ 200 g)
1 czubata lyzka ciemnego kakao w proszku (1 c à soupe de cacao noir)
garsc orzechow wloskich posiekanych, wg uznania

Podgrzac w rondelku mleko i kremowke wraz z polamanymi kawalkami czekolady i maslem, mieszajac dosc regularnie by nic sie nie przypalilo. Gdy calosc rozpusci sie i jednolicie polaczy, odstawic z ognia. W miedzyczasie ubic jajka i cukier na gladka mase.Do jajecznej masy dolewac regularnie czekoladowa mieszanke, ciagle miksujac. Na sam koniec wsypac make, kakao i proszek do pieczenia. Polaczyc ostroznie. Mozna dodac pol lyzeczki cynamonu (jesli ktos lubi) lub tez garsc orzechow wloskich uprzednio posiekanych.
Nagrzewamy piekarnik do 180°C.
Tak przygotowana masa napelniamy wszelkiego rodzaju dostepne foremki. Ja zaopatrzylam sie niegdys w forme do pieczenia muffinek i male silikonowe foremki, ktore swietnie zdaja swoja funkcje.
Wstawiamy na posredni poziom piekarnika (nie za wysoko, by sie nie przypalily z wierzchu).
Pieczemy od 10 do 20 minut w zaleznosci od wysokosci foremek, jak i od pozadanego efektu. Im krocej trzymamy moelleux au chocolat w piekarniku, tym bardziej ciasto wychodzi wilgotne, zwarte, czyli takie jak moelleux powinno byc. Moze byc wrecz leiste, jesli wyciagniemy babeczki dokladnie po 10 minutach... i w takim przypadku trza przehrzcic nasze "moelleux" na "fondant", gdyz wychodzi nam leiste czekolowe ciasteczko. Sa jednak tacy, ktorzy wola miec mufino-podobne, pieknie wyrosniete babeczki, i w tym przypadku wskazane jest pozostawienie czekoladowych babeczek w spokoju ( w piekarniku :) przez co najmniej 20 minut, jesli nie wiecej.

Najlepsze z kubkiem mleka, jeszcze lekko cieple. Dobrze sie przechowuja przez kilka dni, nabierajac bardziej wyrazistego smaku i zwartej formy.

Moja specjalność na wszelkie imprezy pożegnalne, (dziwnie to zabrzmialo, ale jak najbardziej aktualne) gdyz wychodzi mi z podanej porcji co najmniej 24 moelleux au chocolat. Kolejne już niedługo...
Dzis bynajmniej nie pożegnalne, czekoladowe lakocie na chlodne dni... dla mnie i Mojego.
Bon ap!
 

P.S. Ze specjana dedykacja dla pozeraczy czekolady...!!!!!!!!!

crème brûlée... o małych grzeszkach kulinarnych część druga

Za każdym razem będąc w restauracji i mając okazje zamówić deser, na usta cisło mi się gotowe pytanie: a czy mają państwo crème brûlée? Wykwintne w swej śmietankowości, ekstrawagandzkie rzekłabym z racji formy i pękającej cukrowej skorupki na wierzchu, nieosiągalne w swej doskonałości (przynajmniej wówczas tak myślałam) i prostocie. Deser idealny, très gourmand...


Crème brûlée

4 żółtka
50 gram cukru kryształu
200 ml kremowki 30 %
120 ml mleka
1 laska wanilii, przepołowiona wzdłuż lub jesli brak, ekstrakt z wanilii (nie mylić z olejkiem waniliowym do ciast!)

Żółtka połączyć z cukrem, ale nie ucierać na białą masę. Wprowadzone powietrze spowoduje powstanie baniek powietrza w naszym kremie, a nie o to chodzi :).
Mleko i kremówkę podgrzać w rondelku razem z laską wanilii, doprowadzić do wrzenia i szybko zdjąć z ognia. Następnie połączyć mleko z żółtkową masą  mieszając w miarę energicznie, by żółtka nie ścięły się. Mozna postawić tak powstałą masę na moment na ogień, by lekko zgęstniała.
Następnie napełnić nią foremki (ceramiczne ramequin lub inne żaroodporne naczynka) i włożyć do uprzednio nagrzanego do 100°C piekarnika. Piec około 45 do 60 minut.
Wyjąć i po ostudzeniu włożyć do lodówki na co najmniej 2 godziny.

Przygotowanie chrupiącej karmelowej powłoczki jest już czynnością na tyle trudniejsza, iż albo prosperujemy specjalnym sprzętem, albo bawimy się w opiekanie naszego crème brûlée w piekarniku z opcja opiekania.
W tym celu posypujemy z wierzchu nasz krem cukrem pudrem lub cukrem kryształem, i wkładamy do piekarnika na najwyższy poziom (blisko opiekacza), do czasu aż cukier zacznie brązowieć. Efekt nie jest tak powalający jak w przypadku karmelizowania cukru specjalną opalarką... mi jednak wystarczył :)

 

Nie mogę nacieszyć się smakiem mojego crème brûlée, które smakuje identycznie jak to zamawiane po restauracjach... teraz już zmuszona jestem zmienić menu, a może odstąpię zupełnie od deserów w restauracjach, skoro sama potrafię stworzyć coś, co do dzisiaj było moim marzeniem sennym...

Najbardziej spodobało mi się zaskoczenie Mojego, który z niedowierzaniem przypatrywał się kolejnym etapom mojego tworzenia, i nie był pewien końcowego efektu. Z lekka ironią w glosie nawet zaproponował degustację kremu... i tu moment przemiany. Duchowej. Cielesno-zmysłowej, bo oto na kubkach smakowych pojawił się smak znanego od dawna crème brûlée, ale w wykonaniu mojej skromnej osoby :)

Mile zaskoczenie... :)
I wielu takich zaskoczeń Wam życzę!!!!!

A dla tych, którzy chcieliby zgłębić niektóre tajniki, polecam zaglądnąć tu (wersja po francusku, ale zrozumiała dzięki przejrzystemu filmikowi ).


2010-09-09

to, czego nie potrafię sobie odmówić... o małych grzeszkach kulinarnych część pierwsza

Po pierwszym pobycie we Francji, kiedy to jeszcze sfera gastronomiczna w Polsce była w powijakach i powoli powstawały bary i restauracje z kuchniami świata, dokonała się pierwsza z moich miłości.
Obecnie, w erze kompletnego kosmopolityzmu, można dostać to i owo w przysłowiowej "koziej wólce". Nie ma już emocji poszukiwania, czekania na specjalna okazje,... (ogólno)dostępność wymazała ten czynnik skutecznie.
Z drugim grzeszkiem ma się rzecz podobnie. Z tą jednak różnicą, że rangą należy zaliczyć do grzechów ciężkich kulinarnych, zarówno w kontekście zmysłowości, mej łakomczości i głębokiej słabości, jak i kaloryczności.
Z tą dostępnością tez nie jest tak łatwo, nawet w samej Francji dostać dobrej jakości produkt wiąże się z czekaniem na odpowiedni okres w roku, lub tez wyprawa do źródła... do wytwórcy.
I cena grzeszków tez jest znacząca... oj drogie mi są moje grzeszki :)

Jest jeszcze parę niewinnych słabości, po których stosy brzęczących butelek segreguje skrupulatnie, pomimo sceptycyzmu ekologicznego Mojego... No bo jak tu odmówić lampki Sauterne czy Monbazillac w towarzystwie fig czy serów, czy tez St Emilion z pieczoną jagnięciną ... ehhh


Zatem, pierwszy grzech i słabość ma tkliwa, to sashimi saumon. W ogóle koncepcja surowej ryby, połączonej ze śnieżnobiałym ryżem, octem ryżowym, chrzanowym wasabi i marynowanym imbirem... ja poddaje się.
Japończycy i tak juz w moich oczach mieli status narodu genialnego, tutaj jednak dokonali kwintesencji wszystkiego. Sushi, sashimi, maki, brochettes i salatke z bialej kapusty moglabym jesc codziennie. Na szczescie okazja przydaza sie rzadziej, dzieki temu japonska kuchnia nie potrafi mi sie znudzic ani opustoszyc komlpetnie mojego "portfeuille". Po zupie miso rozpoznaje jakosc restauracji, potem przychodzi czas na degustacje ryby. Krucha, miesista, rozplywajaca sie w ustach... juz mam ochote wyleciec do jednej z najlepszych restaurant japonais ktora mam naprzeciw, rzut beretem... pokusa jest strasznie silna. Ale...

Pokosiłam się jednak na drugi z moich grzechów. Pokutować będę, jeszcze nie wiem jak... na jogging dziś za mokro. Dwa grube plastry foie gras... z lampka Floc de Gascogne. Do tego tylko muśnięcie konfitury figowej. Bo w tym miejscu muszę zaznaczyć swoja polskość i uwielbienie prostoty, pszasności, czystego nie zaburzonego smaku... nie lubię jak podają foie gras  na ciepło, zapiekanej, nawet wyleżałej w temperaturze pokojowej. Najbardziej smakuje prosto z lodówki, kiedy smak rozwija się preludyjnie dopiero w ustach, na pięciolinii  kromki razowego chleba, a wszystko zwarte na koniec kluczem odrobiny białego słodkiego aperitifu... symfonia rozkoszy.

I jak przy wszystkich specyfikach tego typu, albo kochamy, albo zapominamy.
Moje największe emocjonalne rozczarowanie to import foie gras do rodzinnego domu. Bożonarodzeniowy czas spotkań, dzielenia się, spędzenia razem czasu przy okrągłym stole, celebrowania jednym słowem. I oto wyrok, zbiorowe orzeczenie, iż pasztetów mamy wystarczająco dużo w Polsce, iż nie wart ceny... a w ogóle to co to za historia z tuczeniem kaczek i gęsi. Pozostało mi samej, niezrozumianej, delektować się moim zdobycznym (pozytywny aspekt historii) "pasztetem".

Dziś było zatem po królewsku, jutro będzie postnie. Jak co piątek, ryba, już tradycyjnie. Ale czuje, że przy niej tez pogrzeszę... :)

2010-09-06

Normandie... mixture



Jakis czas temu wybralam sie do Normandii, a wszystko za przyczyna "jednoosobowej grupy wparcia", ktora pokochala ten region z wielu przyczyn. Nawet Paryzanie, jesli jada gdzies na weekend, "poza miasto", zawsze z lagodnym usmiechem opowiadaja o Normandii i Bretanii... nie ma co sie dziwic. 
Postanowilam zatem uwiecznic to i owo, ale wybor fotografii zdaje sie byc trudnym aktem, gdyz nigdy nie jest ostateczny. Tak jak Normandia jest niejednoznaczna... to nie tylko krowy , sery i impresjonisci.
Stad ten mix, impresja na temat.