Cale to dlugie milczenie nie wynika bynajmniej z braku wrazen i doznan, wrecz przeciwnie. Caly ich nadmiar odciaga mnie od "pisotworstwa". Doba ma zawsze za malo godzin. Czasobrak permanentny i objawowy.
Bo byly piekne chwile w Polsce, zawsze rozpoczete juz w momencie ladowania, nieco zwilzonymi spojowkami i uczuciem rozpierajacej radosci. Zaraz potem przychodzi rozczarowanie wraz z nienadchodzacym bagazem... ale to inna historia. Maly problem techniczny, ktory nie odbiera uroku powitan i usciskow.
I pieknie rozbarwione dzikie arboreta klonow, ginko biloba. Jesien w pelni. I ja zatopiona w tej jesiennosci. Rozkoszujaca sie smakiem plackow ziemniaczanych ze szpinakiem i pospacerowych powrotow na goraca herbate z bergamotka. I andruty. I duzo innych pieknych chwil.
2010-11-08
2010-10-12
lutek w paryzu
pieczone... pieczyste... o smaku niezidentyfikowanego ziemniaka, patata
mozna lubic
mozna nawet sie zajadac
ja co najwyzej kosztuje, jednego pieczystego
Tiens, les marrons, c'est pas marrant! :P
2010-10-01
impresje lizbonskie... czyli spelnianie marzen, czesc druga
Portugalskie przysmaki... ryby i jeszcze raz ryby. Zupy geste, pokrzepiające, jak ta tutaj caldo verde. Duza gama serow i wedlin.
Portugalczycy to kawosze. W pastelaria wybor ciasteczek i tradycyjnych wypiekow jest na tyle oszalamiajacy, iz nigdy na jednej kawie i na jednym sobremesa sie nie konczy. Tutejszy lokalny przysmak i prawdopodobnie "turystyczny standard" to pastel de nata, tartletka z budyniowym nadzieniem na francuskim ciescie, podawana z cynamonem i cukrem pudrem. Przy odrobinie szczescia jeszcze ciepla, bo wyjeta dopiero co z pieca... z tutejszym espresso, czyli bica, albo tez z mleczna galão.
Subskrybuj:
Posty (Atom)