... małymi krokami wyczaruję grafikę naszej enklawy "miłych rzeczy". Obiecuję! Na razie krok pierwszy. Wiem, że zrobię ich wiele (jak stąd do Paryża) nim powiem sama sobie, nie ukrywam że najpewniej z nutką zadowolenia, jest OK. Dążność do perfekcji nie jest niestety moim sprzymierzeńcem, gdyż czyniąc wszystko z nie lada namaszczeniem moje minuty pęcznieją w oczach - brak mi czasu na ich próbę uchwycenia w słowa i obrazy. (Tak oto pokrętnie próbuję wytłumaczyć się z absencji w tworzeniu własnego twora). Ostatecznie jestem tu od spraw formalnych ;) w końcu uczelnia techniczna zobowiązuje. Może Paryż bardziej nastraja do pisania - Wawa nastraja do racjonalizacji działań. Bo inny jest wpływ jesienności na tę długość geograficzną, a inny na zachód Europy. Oczywistość oczywistości, masło maślane.
Po wielu obrazach rzeczywistości i wielu snach, po wielu pysznych daniach, serwuję nowy Layout. Na razie na przystawkę, ale proszę dotrwać z nami tu na danie główne, albo jeszcze lepiej na deser! Bon appetit!
2010-11-16
Moja dziadowizna, czyli z cyklu u dziadka w pracowni...
Sa takie magiczne miejsca, ktore jako pierwsze kresla wspomnienia z dziecinstwa.
Wszystkie wakacje spedzone na wsi.
Ogromny dobrobyt duchowy, w postaci pilowanych kawalkow drewna w stajennej pracowni, zrywaniu fasoli szparagowej i "jasia" pnacego sie na tyczkach, pomidory kondensujace w sobie caly aromat juz w samym ich zapachu, ogrodowa degustacja zielonego groszku i zbiory stonki...
...jazda babcina "ukraina" do wiejskiego sklepu po... juz nie pamietam po co, pamietam radosc tej jazdy, wiatr we wlosach, zapach pol zbozowych i pianie kogutow. Pamietam odkrywcze wyprawy nad "Stara Odre", gdzie dziadek z poswieceniem zrywal kaczence, bo nikt inny nie smial zanurzyc nog w muliste dno rzeki. Pamietam wieczorne kolacje, gdzie z pajda chleba z maslem, rzodkiewka i pomidorami, lecialo sie poprzez ganek wprost na podworze, by pograc w badmintona.
Pamietam dziadka koszacego kosa trawe w sadzie... pamietam jej suszenie, wieczorne skladanie na stosik i poranne rozgrabianie na kolejne suszenie.
Pamietam niesmiertelne "suszki", wiszace na strychu i czekajace na swoja kolej w bukietach. Na tymze strychu jest jeszcze do dzisiaj tajemnicza oszklona szafka, pelna slojow i sloiczkow wypelnionych oleistymi cieczami, wszelkiej srednicy dlutami i zaschnietymi pedzlami- spadek rodzinny po pasji, ktora nie miala okazji sie rozwinac...
Pamietam stajenne wiazanie cebuli w peczki, wkolo-koszowe obieranie bobu i fasoli, i tyle przy tym radosci nieraz bylo.
Ganialo sie po ogrodzie, po grzadkach. Zrywalo koperek do mlodych ziemniakow, a potem zajadalo razem mizeria z ledwo co zebranych ogorkow gruntowych, tak chrupiacych i soczystych.
Dziadkowie juz slabsi, i choc od lat maja te same usmiechy, spracowane rece mowia same za siebie. Czas mija, wnuki wyrastaja, prawnuki czekaja na swoja kolej by sie "jusiac"... bo hustawka z prawdziwego zdarzenia na podworkowym orzechu tez byla. A dziadek do drewna ma serce. Drabiny, taczki, hustawki, nawet strzelbe z prawdziwego zdarzenia pierwo-wnukowi sprawil, ze wszyscy mogli tylko pozazdroscic :)
Taki maly kalejdoskop obrazow przed oczami i w myslach sie przewinal.
Klatka po klatce, film krotkometrazowy. Po prostu zycie
Dobrobyt wspomnien.
(...)
Z dedykacja dla moich najukochanszych siostr. W koncu ten sam spadek emocjonalny.
Wszystkie wakacje spedzone na wsi.
Ogromny dobrobyt duchowy, w postaci pilowanych kawalkow drewna w stajennej pracowni, zrywaniu fasoli szparagowej i "jasia" pnacego sie na tyczkach, pomidory kondensujace w sobie caly aromat juz w samym ich zapachu, ogrodowa degustacja zielonego groszku i zbiory stonki...
...jazda babcina "ukraina" do wiejskiego sklepu po... juz nie pamietam po co, pamietam radosc tej jazdy, wiatr we wlosach, zapach pol zbozowych i pianie kogutow. Pamietam odkrywcze wyprawy nad "Stara Odre", gdzie dziadek z poswieceniem zrywal kaczence, bo nikt inny nie smial zanurzyc nog w muliste dno rzeki. Pamietam wieczorne kolacje, gdzie z pajda chleba z maslem, rzodkiewka i pomidorami, lecialo sie poprzez ganek wprost na podworze, by pograc w badmintona.
Pamietam dziadka koszacego kosa trawe w sadzie... pamietam jej suszenie, wieczorne skladanie na stosik i poranne rozgrabianie na kolejne suszenie.
Pamietam niesmiertelne "suszki", wiszace na strychu i czekajace na swoja kolej w bukietach. Na tymze strychu jest jeszcze do dzisiaj tajemnicza oszklona szafka, pelna slojow i sloiczkow wypelnionych oleistymi cieczami, wszelkiej srednicy dlutami i zaschnietymi pedzlami- spadek rodzinny po pasji, ktora nie miala okazji sie rozwinac...
Pamietam stajenne wiazanie cebuli w peczki, wkolo-koszowe obieranie bobu i fasoli, i tyle przy tym radosci nieraz bylo.
Ganialo sie po ogrodzie, po grzadkach. Zrywalo koperek do mlodych ziemniakow, a potem zajadalo razem mizeria z ledwo co zebranych ogorkow gruntowych, tak chrupiacych i soczystych.
Dziadkowie juz slabsi, i choc od lat maja te same usmiechy, spracowane rece mowia same za siebie. Czas mija, wnuki wyrastaja, prawnuki czekaja na swoja kolej by sie "jusiac"... bo hustawka z prawdziwego zdarzenia na podworkowym orzechu tez byla. A dziadek do drewna ma serce. Drabiny, taczki, hustawki, nawet strzelbe z prawdziwego zdarzenia pierwo-wnukowi sprawil, ze wszyscy mogli tylko pozazdroscic :)
Taki maly kalejdoskop obrazow przed oczami i w myslach sie przewinal.
Klatka po klatce, film krotkometrazowy. Po prostu zycie
Dobrobyt wspomnien.
(...)
Z dedykacja dla moich najukochanszych siostr. W koncu ten sam spadek emocjonalny.
2010-11-08
milczenie z nadmiaru...
Cale to dlugie milczenie nie wynika bynajmniej z braku wrazen i doznan, wrecz przeciwnie. Caly ich nadmiar odciaga mnie od "pisotworstwa". Doba ma zawsze za malo godzin. Czasobrak permanentny i objawowy.
Bo byly piekne chwile w Polsce, zawsze rozpoczete juz w momencie ladowania, nieco zwilzonymi spojowkami i uczuciem rozpierajacej radosci. Zaraz potem przychodzi rozczarowanie wraz z nienadchodzacym bagazem... ale to inna historia. Maly problem techniczny, ktory nie odbiera uroku powitan i usciskow.
I pieknie rozbarwione dzikie arboreta klonow, ginko biloba. Jesien w pelni. I ja zatopiona w tej jesiennosci. Rozkoszujaca sie smakiem plackow ziemniaczanych ze szpinakiem i pospacerowych powrotow na goraca herbate z bergamotka. I andruty. I duzo innych pieknych chwil.
Bo byly piekne chwile w Polsce, zawsze rozpoczete juz w momencie ladowania, nieco zwilzonymi spojowkami i uczuciem rozpierajacej radosci. Zaraz potem przychodzi rozczarowanie wraz z nienadchodzacym bagazem... ale to inna historia. Maly problem techniczny, ktory nie odbiera uroku powitan i usciskow.
I pieknie rozbarwione dzikie arboreta klonow, ginko biloba. Jesien w pelni. I ja zatopiona w tej jesiennosci. Rozkoszujaca sie smakiem plackow ziemniaczanych ze szpinakiem i pospacerowych powrotow na goraca herbate z bergamotka. I andruty. I duzo innych pieknych chwil.
Subskrybuj:
Posty (Atom)